niedziela, 16 sierpnia 2015

Baristka przy klawiaturze #2

 Ludzie gubią rzeczy. Rozmaite rzeczy. Przychodzą do kawiarni z parasolką, piją kawę i wychodzą bez niej. Okulary przeciwsłoneczne, nakrycia głowy i książki również z nami zostają. Czasami po nie wracają, a innym razem nie. Sama jestem mistrzynią w gubieniu. Bilans ostatniego roku: dwie kurtki, komplet kluczy, pióro (odnalazłam przymarznięte do kostki tofu w zamrażarce), nóż do filetowania. Ba! Zdarzyło mi się zostawić 2 kalafiory i połowę kury w sklepie odzieżowym. O brakującej siatce przypomniałam sobie siedząc wygodnie w autobusie. Nie, nie wróciłam po nią.
 Najlepsza zabawa z gubieniem zaczyna się w miejscach gdzie sprzedawany jest alkohol, nawet gdy jest to tylko piwo. Obrączki, portfele, łańcuszki, klucze i dokumenty od samochodu, leki, buty. Dziewczyny z jednego z bydgoskich pubów znalazły kiedyś sztuczną szczękę. No cóż zdarza się. Pracując w hotelu natknęłam się na cewnik. Do dziś zastanawiam się jak właściciel poradził sobie bez zguby. 


 Zaczynając pracę w kawiarni uznałam, że moje życie stanie się stateczne i ździebko nudne. Skąd. Nasi goście dbają o odpowiedni poziom wrażeń.
 Nie dalej jak tydzień temu zawiany nieco jegomość wszedł do kawiarni. Rozchełstana koszula, wyczuwalny alkohol, reklamówka w garści. Tak jak się spodziewałam nie przyszedł po filiżankę espresso, a po piwo. Zaczęłam starą śpiewkę o tym że nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy. Pan dalej prosił, nalegał...zmiękłam. W końcu kim ja jestem żeby odmawiać spragnionemu piwa? Resztki dobrego serca jeszcze we mnie drzemią. Pan zabawiał rozmową, później grzecznie usiadł przy stoliku na zewnątrz. Zasnęło mu się. Obudziłam pytając czy się dobrze czuje, odpowiedział twierdząco i wrócił do picia. Po jakimś czasie poszłam zgarnąć naczynia ze stolików, oho piwosz już dawno poszedł, a reklamówka dalej siedzi. Nie badając co w niej jest zamknęłam ją na zapleczu. 
 Dzisiaj zawitał do nas ten sam gość, schludnie ubrany i trzeźwy ale to z pewnością on. Zadowolona biegnę na zaplecze i przynoszę worek wraz z nienaruszoną zawartością. Pan nagle pąsowieje, zaprzecza, foliówka nie jego, w ogóle tu nie był, zamawia i pośpiesznie ucieka do tego samego stoika co ostatnio. Zdziwiona wracam na zaplecze i zastanawiam się co z tym zrobimy. Przezroczysta folia podpowiada, że jest to jakaś bluza ale reklamówka jest za ciężka na bluzę. 
 Potrząsam ładunkiem i wtem moim oczom ukazuje się wibrator. Nie byle jaki wibrator. Zastanawiam się jaki okaz producent wziął sobie jako wzór do tworzenia tego eksponatu. Stawiam na konia. 
Wniosek z tej historyjki? Baristo nigdy nie myśl, że niedziela w kawiarni będzie wiała nudą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz